Otwórz schowek Brak ulubionych odcinków
Ptaki inaczej – czym się narkotyzują i czyjego moczu się boją? [E163]

Ptaki inaczej – czym się narkotyzują i czyjego moczu się boją? [E163]

Pobierz Dodaj do ulubionych

Udostępnij odcinek

Pobierz Dodaj do ulubionych

Udostępnij odcinek

Dodaj do ulubionych
Pobierz odcinek

Udostępnij odcinek

Gość odcinka

Adam Zbyryt

Adam Zbyryt

Doktorant w Szkole Doktorskiej Nauk Ścisłych i Przyrodniczych Uniwersytetu w Białymstoku, popularyzator nauk przyrodniczych i autor książek o zwierzętach. Na co dzień zajmuje się ochroną i badaniem ptaków. Zajmował się zagadnieniem krajobrazu strachu, badając stres u jeleni i saren w obecności wilków, rysi i ludzi.

Ptaki nie mają łatwo. Bywa, że padają ofiarami ryb, owadów, a nawet ślimaków. Jak możliwe? Z owadami sprawa ma się tak: – Atakującymi są modliszki. Ten owad poluje z zasiadki, ptak musi podlecieć bardzo blisko, dlatego najczęstszą ich ofiarą są kolibry – wyjaśnia w Radiu Naukowym Adam Zbyryt, biolog z Wydziału Biologii Uniwersytetu w Białymstoku. W Polsce oczywiście kolibrów nie ma, ale za to modliszek coraz więcej i zdarza się, że atakują rodzime ptaki unieruchomione na przykład w sieciach ornitologicznych.

Znacznie groźniejszy dla piskląt i jajek znoszonych w kraju nad Wisłą jest natomiast… ślimak, dość często mnożący się w naszych ogrodach ślinik luzytański. To gatunek inwazyjny, ptaki nie nauczyły się rozpoznawać go jako zagrożenie i bez problemu wpuszczają go do swoich gniazd.

Historie z modliszkami i ślimakami wyczytałam w najnowszej książce Adama „Sensacyjne życie ptaków. Pierzaste wampiry, tęczowe albatrosy i trujące przepiórki”. Z odcinka dowiecie się także, że ptaki mają świetny węch (kto by pomyślał, patrząc na te dzioby), mogą uzależnić się od narkotyków (niewesoła historia łabędzi ze Słowacji), a niektóre lubią uzupełniać dietę krwią (dziobiąc inne ptaki w kuper).

Mojego gościa pytałam też o jego doświadczenia jako obserwatora przyrody. A musicie wiedzieć, że Adam bywa w tej roli dość ekscentryczny… Dowiecie się też, jakie kolory dobrze włożyć na siebie na wycieczkę do lasu, gdzie najlepiej udać się jesienią w poszukiwaniu ornitologicznych wrażeń (tu hasłem wiodącym będzie klangor) i jak być dobrym obserwatorem przyrody tak, by jej nie szkodzić. A warto: – Ludziom jest często ciężko uwierzyć w to, że ten nasz szarobury, zimny kraj jest ciekawy i mogą w nim żyć barwne, ciekawe zwierzęta – komentuje mój gość.

Rozmowa pachnie jeszcze wakacjami, bo nagraliśmy ją latem w plenerze, u ujścia Rospudy. „Sensacyjne życie ptaków” wydało Wydawnictwo Poznańskie, a Radio Naukowe objęło nad książką patronat medialny.

Serdecznie polecam spotkanie autorskie Adama Zbyryta w warszawskiej Big Book Cafe przy ul. Dąbrowskiego 81 (12 września, godz. 19:00). Wydarzenie będzie można również śledzić online za pośrednictwem FB księgarni.

Podcast powstał we współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.

PEŁNA TRANSKRYPCJA

Adam Zbyryt: Na takim dużym polu maku usiadły łabędzie, koło dwustu osobników. Zaczęły się żywić liśćmi tej rośliny i zawarte w nim opium spowodowało uzależnienie tych ptaków.

Karolina Głowacka: Adam Zbyryt, biolog z uniwersytetu w Białymstoku – chyba nie mogę powiedzieć, że gości w Radiu Naukowym, ale że razem gościmy na łonie natury. To było tak, że wiedzieliśmy, że będziemy w Augustowie już kilka tygodni temu. Poprosiłam cię, żebyś zgodził się na taki odcinek, a w międzyczasie dowiedziałam się, że wydajesz książkę Sensacyjne życie ptaków. Pierzaste wampiry, tęczowe albatrosy i trujące przepiórki – będą spojlery. 

A.Z.: Tak, długi tytuł. Słyszałem, że do tej pory najdłuższy, jaki wydawali w wydawnictwie. [śmiech]

K.G.: Ja już w tym momencie serdecznie polecam książkę. Bardzo chciałam się z tobą spotkać jako z takim wybitnym, znanym suwalskim przyrodnikiem. Jesteśmy przy ujściu Rospudy. To jest zupełnie wyjątkowe miejsce. 

A.Z.: Tak, wyjątkowe ze względu na to, jak mocno było obecne medialnie wiele lat temu – chodziło o budowę obwodnicy w tym miejscu. Bardzo dobrze, że do tego nie doszło, ponieważ znaleziono alternatywę i ta obwodnica w końcu powstała. Te przepychanki były moim zdaniem zupełnie niepotrzebne. Dzięki temu udało się uratować naprawdę niezwykłą dolinę rzeczną, którą sfilmowałem z drona w zeszłym roku. Wygląda to niesamowicie. Wcale nie jest tak, że nagle się zdegradowała albo zarosła, bo jest taka, jaka była dawniej.

K.G.: Tu jest pełno torfowisk, prawda?

A.Z.: Tak, tam są ogromne rozległe torfowiska.

K.G.: Wielu ludzi przyjeżdża nad jeziora. Chciałabym cię teraz poprosić, żebyś mi opowiedział, co może się dziać w tych zaroślach, zakamarkach, czego ja nie widzę, a ty możesz się domyślać, znasz, wiesz. Co tutaj się może dziać? 

A.Z.: W trzcinowiskach, które tutaj są, mamy szuwar pałkowy, a tu szuwar trzcinowy.

K.G.: Tak, bo my stoimy na pomoście przy samym brzegu. 

A.Z.: Teraz już zakończyły swoje lęgi, ale jeszcze do niedawna można było tutaj spotkać trzciniaki, które miały swoje gniazda, perkozy, łyski. Teraz tutaj przebywają ich młode albo już wyrośnięte podloty, które się w tych miejscach ukrywają. Polują tu też czaple białe i czaple siwe.

K.G.: Ale są strasznie schowane.

A.Z.: Bo jest lipiec, czas, kiedy większość gatunków ptaków jest już po odchowaniu swoich młodych. Jeżeli chodzi o ten miesiąc w kalendarzu ornitologa, to jest to jeden z najnudniejszych okresów. Tak że wybraliśmy się w momencie, w którym jako ornitolog nie mam za wiele do roboty. Natomiast dzięki temu, że nie ograniczam się tylko do ptaków, mam do obserwowania dużo innych ciekawych rzeczy.

K.G.: A co się dzieje jesienią, jeśli chodzi o ptaki?

A.Z.: Jesienią dzieje się bardzo dużo, tak jak wiosną, ponieważ zbierają się do odlotu. To też jest ciekawy moment, ponieważ właśnie wtedy pojawiają się młode ptaki o trochę innym upierzeniu. Dorosłe ptaki zmieniają swoje ubarwienie na tzw. szatę spoczynkową, czyli te pióra są mniej kolorowe. I jest to też wyzwanie dla wielu obserwatorów ptaków, bo dużo trudniej jest je rozpoznać.

K.G.: A jakie ptaki możemy zobaczyć? Bo trochę powiedziałeś, ale może rozszerzmy trochę tę listę.

A.Z.: Na pewno kormorany. Tutaj niedaleko w Puszczy Augustowskiej jest taka duża kolonia w miejscowości Serwy. W samej miejscowości i na wyspie na jeziorze Serwy.

K.G.: Są też orły.

A.Z.: Tak, są bieliki. Mamy tutaj kanię rudą i czarną, co jest dosyć dużą rzadkością w północno-wschodniej Polsce. Mamy sporo orlików krzykliwych, bardzo rzadkich drapieżników. Oczywiście myszołowy. Te bory sosnowe to jest też takie miejsce, gdzie występuje bardzo dużo dzięciołów czarnych. W tych miejscach, gdzie są rezerwaty przyrody, dużo starych, martwych drzew, są inne dwa bardzo rzadkie dzięcioły – dzięcioł trójpalczasty i dzięcioł białogrzbiety.

K.G.: I tak sobie dyskutując, spacerując, dotarliśmy do naszego małego mobilnego studia Radia Naukowego. Rozłożyliśmy się pod wiatą na campingu na półlegalu. [śmiech] Natomiast wracając do tego, o czym mówiliśmy w drodze, w twojej książce jest bardzo dużo elementów pokazujących, że przyroda jest nieoczywista i że te różne rozwiązania są nieoczywiste albo w ogóle zdarzenia bywają takie, że potrafią bardzo zaskoczyć. Pamiętam np. bielika w żołądku szczupaka. Orzeł bielik. Jak, gdzie, co, skąd? Jak do tego mogło dojść?

A.Z.: Cały zamysł tej książki był taki, że ma się ona opierać na bardzo nieoczywistych różnych historiach ze świata ptaków. Przy czym nie wszystkie z nich są opublikowane. Niektóre to historie, które się pojawiały gdzieś w internecie. Staram się je zinterpretować na swój sposób, mając jakąś tam wiedzę naukową dotyczącą właśnie tej grupy zwierząt. Ten bielik to był młodociany osobnik.

K.G.: Tak zwykle bywa, że trzeba doczytać dokładniej.

A.Z.: Zgadza się. Faktycznie, jak pierwszy raz o tym usłyszałem, że bielik w żołądku szczupaka, to też myślałem: jak to możliwe? On próbował go upolować i został zjedzony? A okazuje się, że to były po prostu pisklęta, które wypadły z gniazda bielika i zostały przez szczupaka zjedzone.

K.G.: Utonęły?

A.Z.: Prawdopodobnie tak. Albo zostały zjedzone w momencie, kiedy próbowały się ratować. Bo ptaki, bieliki czy rybołowy, kiedy wpadną do wody, potrafią dopłynąć do brzegu, machając skrzydłami, więc być może była szansa na to, że uratowałyby się, ale nie dały rady.

K.G.: Tutaj mamy szczupaki, w jeziorach Rospuda, Necko itd.

A.Z.: Tak.

K.G.: Mamy też kaczki. Czy szczupaki polują na kaczki?

A.Z.: Oczywiście.

K.G.: Przepraszam, ale to nie jest wcale oczywiste. W naszej głowie jest raczej tak: ptaki dziobią ryby, a nie ryby połykają ptaki. [śmiech]

A.Z.: To był właśnie mój zamysł, żeby przedstawić to z innej perspektywy, że są takie ryby, które regularnie polują na ptaki. I do nich należą właśnie szczupaki. Z badań żołądków szczupaków wynika, że całkiem spory udział w diecie, przynajmniej okresowo, kiedy są kaczęta, stanowią właśnie ptaki.

K.G.: Czyli znowu te małe, biedne, bezbronne to najłatwiejszy łup.

A.Z.: Zgadza się. Raczej nie słyszałem historii o zjedzeniu takiej dużej kaczki. Poszukiwałem takich doniesień, żeby szczupakowi udało się zjeść dorosłą kaczkę. Jest to bardziej prawdopodobne, jeżeli chodzi o sumy.

K.G.: Jeśli jesteście zdziwieni tym, że ryby mogą zjadać ptaki, to jest to dopiero początek, ponieważ również owady potrafią zjadać ptaki. I o tym też piszesz, o modliszkach, które zjadają ptaki. I tak, czasami również odcinają im głowy.

A.Z.: Tak, to jest ciekawe, nieoczywiste zjawisko, które starałem się przedstawić. Większość tego typu doniesień pochodzi oczywiście z ciepłych krajów, tam, gdzie modliszki są pospolite, gdzie jest dużo ptaków. Te ptaki są niewielkich rozmiarów, bo to też musi być odpowiedni rodzaj ofiary. Natomiast w naszych warunkach modliszki są coraz pospolitsze i coraz częstsze, także tu na północy, w okolicach Augustowa. Niedaleko jest Biebrzański Park Narodowy, gdzie spotykam regularnie właśnie pod koniec lipca i w sierpniu modliszki. I myślę, że takich doniesień będziemy mieli coraz więcej z naszego kraju odnośnie do tych owadów i jakichś drobnych ptaków.

K.G.: Ale jak działa ten mechanizm? Czy ta modliszka skacze na ptaka, atakuje go? Co się dzieje?

A.Z.: Modliszka poluje zza siatki, więc ptak musi podlecieć bardzo blisko. Dlatego najczęstszą ofiarą modliszek są kolibry. W naszych warunkach kolibrów nie mamy, więc do tego na pewno nie dojdzie. Natomiast zwykle te doniesienia o zabiciu ptaków przez modliszki, dotyczyły ptaków, które zostały schwytane w sieci ornitologiczne, czyli już w pewien sposób unieruchomione, co ułatwiało modliszkom upolowanie takiej ofiary. I tam właśnie dochodziło do tego ścięcia głowy.

K.G.: Ornitolodzy nie mają wyrzutów sumienia w związku z tym?

A.Z.: Są bardzo restrykcyjne zasady obowiązujące na takich obozach, czyli obchody co godzinę, aby wyciągać ptaki, które wpadną do sieci, żeby jak najmniej się stresowały i żeby uniknąć tego typu historii. Ale czasami ta modliszka potrafi być szybsza, więc myślę, że tak, że na pewno mają z tego powodu wyrzuty sumienia.

K.G.: Nie wiem, czy mówić o tym, w jaki sposób modliszka się do tego ptaka dobiera, bo ja zwykle nie jestem wrażliwa, ale akurat jadłam kolację, jak zaczęłam czytać książkę. Jeżeli chcecie się tego dowiedzieć, to odsyłam do lektury. Ostatnia rzecz, jeśli chodzi o to, kto zjada ptaki – ślimaki.

A.Z.: To jest chyba najbardziej zaskakująca grupa bezkręgowców, które zjadają ptaki. Oczywiście nie chodzi tutaj o ptaki dorosłe. Znowu mamy do czynienia z ptakami młodymi, pisklętami albo jajami. Ten mechanizm jest bardzo zaskakujący. Ślimaki nie są szybkie, więc to nie jest drapieżnik, który nagle wchodzi do gniazda, rzuca się na tego ptaka i go dusi jak jakiś boa, tylko wygląda to raczej ślamazarnie i nieporadnie. Jest to rzecz nowa i dotyczy ślinika luzytańskiego, czyli tego zawleczonego obcego, inwazyjnego gatunku ślimaka, bezskorupowego, którego wiele osób nie lubi. Ptaki nie nauczyły się rozpoznawać go jako zagrożenia. Wiele tych drobnych ptaków, jak pokrzewki, które gnieżdżą się w naszych drzewach i krzewach w ogrodach, nie traktuje tego ślimaka jako jakieś potencjalne zagrożenie. Dlatego wpuszczają je do gniazda, nie reagują, nie wyrzucają go i pozwalają mu pożerać jaja lub pisklęta, czasami nawet w trakcie wysiadywania.

K.G.: Aż do tego stopnia?

A.Z.: Tak. I takie zachowania zarejestrowano m.in. w Polsce, na południu, w okolicach Rzeszowa, kiedy naukowcy prowadzili badania kapturek, takich pokrzewek z użyciem mikrokamer, gdzie właśnie rejestrowali takie niecodzienne zjawiska.

K.G.: Dużo mówimy o ptakach jako o ofiarach, to trochę teraz odwróćmy ten trend i powiedzmy więcej o ich niedocenianych zdolnościach. Ptasi węch jest zupełnie niedoceniany i trochę chyba nie ma się co dziwić, bo z racji tego, że zwykle oceniamy świat na podstawie obserwacji, to te ich dzioby wydają się takie drewniane, martwe, no to gdzie tu ten węch? Chyba stąd się bierze to poczucie, że ptaki i węch to niekoniecznie. A tymczasem jak to jest?

A.Z.: Ptaki mają nozdrza. Dziób jest pokryty taką rogową martwą tkanką, ale wewnątrz jest jak najbardziej unerwiony, żywy, ukrwiony. I w tych nozdrzach znajdują się receptory węchowe, które okazuje się, że są niezwykle sprawne i wydajne. Dzięki temu ptaki są naprawdę świetnymi węchowcami. To jest mit panujący od wielu dekad, że ptaki mają słaby węch albo że w ogóle nic nie czują. To jest kompletny absurd, ponieważ wiemy, że ten węch jest naprawdę doskonały, nawet lepszy u wielu gatunków niż u człowieka. Chyba takim najbardziej znamiennym przykładem są sępy, a zwłaszcza sępniki czarne, ptaki spokrewnione z kondorami, które z dużej odległości potrafią wyczuwać padlinę i dolecieć w to miejsce. Kruki potrafią nawet odszukiwać padlinę ukrytą na dnie lasu, pod liśćmi. Więc to jest naprawdę coś, co jest mitem. Właściwie mam wrażenie, że nie ma miesiąca, żeby nie ukazywała się jakaś praca na temat tego, że ptaki mają doskonały węch, bo wykorzystują go na wielu poziomach, nie tylko jeżeli chodzi o żerowanie i wyszukiwanie ofiar. Modraszki za pomocą węchu wyszukują pędów sosny, w których środku znajdują się uszkadzające te pędy owady. Tych owadów nie widać, ale substancje, które wydziela sosna w momencie, kiedy jest zaatakowana przez takiego szkodnika, modraszka jest w stanie wykorzystać, żeby żerować, żeby poszukiwać ofiar.

K.G.: Czyli to jest takie pośrednie. To ciekawe, że nie wyczuwa samego owada.

A.Z.: Zgadza się. Albo ptaki wykorzystują węch w momencie, kiedy trwa okres godowy. Wiemy o barwach, o śpiewie itd., a okazuje się, że do tego wszystkiego dochodzi zapach. Jest on bardzo charakterystyczny i pochodzi z gruczołu kuprowego, który produkuje specjalną wydzielinę, którą co chwilę nakładają na swoje pióra. Ona chroni pióra przed zamakaniem, przed brudem, nadaje im taką elastyczność. I okazuje się, że ten gruczoł kuprowy nadaje ptakom specyficznego zapachu. On się może zmieniać w ciągu roku, w okresie godowym jest bardziej intensywny. Mało tego, samce pachną inaczej niż samice. Jeżeli samiec pachnie mało samczo, to często jest odrzucany przez samice. Pomimo tego, że ładnie śpiewa i ładnie wygląda, to samice po zapachu nie traktują go jako atrakcyjnego partnera.

K.G.: Ptaki potrafią też wyczuć po rodzaju moczu, jaki znajduje się gdzieś w okolicach ich gniazda, czy został on oddany przez drapieżnika, czy też nie. To jest też bardzo ciekawe, bo po czym? Nie ma tu żadnej magii, musi być jakaś chemia. Jaka?

A.Z.: Zgadza się. To są wszystko różnice w składzie chemicznym moczu gryzoni, np. roślinożerców i drapieżników.

K.G.: Pojawia się coś przy trawieniu mięsa?

A.Z.: Tak. Ptaki tę różnicę wyczuwają. Tak że nie boją się miejsca, w którym nasika sarna, w tym miejscu mogą założyć gniazdo. Ale gdy już w tym samym miejscu nasika lis, szop czy jakiś inny drapieżnik, to będą takiego miejsca unikać.

K.G.: A człowiek?

A.Z.: Też nas raczej unikają. W ogóle człowiek w naturze traktowany jest jako taki superdrapieżnik. To wszystko zależy od tego, z jakim gatunkiem mamy do czynienia. Jeżeli z takim, który przez wiele tysięcy lat był poddawany bardzo intensywnej, głównie łowieckiej presji ze strony człowieka, to wtedy reakcja na ten mocz jest bardzo silna. Wiemy to w przypadku jeleni, saren, dzików. Natomiast są takie zwierzęta, które człowiek wręcz przyciąga dlatego, że nie stanowimy dla nich większego zagrożenia, np. jakieś drobne małe ptaki, wróble. A z drugiej strony nasza obecność tworzy tzw. ludzką tarczę, takie pojęcie w ekologii, które mówi o tym, że nasza obecność przepłasza drapieżniki, które byłyby tam częstsze, gdyby nie nasza obecność, które też od wieków prześladowaliśmy i tępiliśmy.

K.G.: To ciekawe. Jak o tym opowiadasz, to zastanawiam się, kim byłam dla kaczki, którą spotkałam wczoraj na plaży w Augustowie, która przeszła bardzo blisko. Najpierw się cieszyłam, po czym ta kaczka uznała, że moja stopa jest bardzo ciekawym obiektem do jedzenia, i próbowała dwa razy, i musiałam naprawdę bardzo agresywnie jej powiedzieć, że to jednak nie jest dobry pomysł. [śmiech] Muszę przyznać, że trochę mnie to zdziwiło. One są już tak przyzwyczajone do nas?

A.Z.: Tak, wiele gatunków zwierząt bardzo szybko uczy się różnych zachowań i kojarzy człowieka jako takiego dostarczyciela pokarmu.

K.G.: Ona była obrażona, naprawdę. Bo ja tam w końcu delikatnie sypnęłam piaskiem.

A.Z.: Bo nie dałaś jej jeść. Ptaki też mają emocje, tak że na pewno była na ciebie wściekła.

K.G.: A co z tym chlebem? Bo przeczytałam u ciebie, że owszem, nie można przesadzać z karmieniem ptaków chlebem, ale że też nie można tego demonizować.

A.Z.: Tak, ja zawsze staram się mówić na podstawie faktów, dowodów naukowych. Był taki czas, że bardzo mocno się tym tematem interesowałem, szukałem poparcia tego ogólnego podejścia, które spotykamy w wielu miejscach, że chleb jest taki straszny, że powoduje śmierć ptaków w męczarniach, jest szkodliwy, zapycha, umierają, padają itd. Okazuje się, że nie ma żadnych dowodów, które by to potwierdzały, ani odnośnie do śmierci, zakwaszenia żołądka czy tego słynnego anielskiego skrzydła.

K.G.: Anielskiego skrzydła akurat nie znam.

A.Z.: To jest takie zjawisko, które powoduje zaburzenie gospodarki wapniowej i sprawia, że skrzydła są wygięte na boki i ptak jest niezdolny do latania. Najczęściej spotykamy to u kaczek i łabędzi. Zaczęto to wiązać z tym, że są to ptaki, które jadły dużo chleba. Badania albo moje rozmowy z weterynarzami, którzy zajmowali się leczeniem takich ptaków, pokazały, że w większości przypadków to wszystko spowodowały urazy mechaniczne. Albo w większości. Tak że absolutnie nie był to żaden chleb. Nawet takie najbardziej znane stowarzyszenia, jeżeli chodzi o ochronę ptaków, czyli Królewskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, zaczęło się z tego wycofywać. Ja na swoich stronach piszę o tym, że chleb można stosować i można podawać ptakom, że nie jest szkodliwy, tylko trzeba go podawać w niewielkich ilościach. Nie może on być podstawą diety. I to jest kluczowe.

K.G.: Pewnie dlatego w parkach, np. w Łazienkach w Warszawie nie zniknęły te tablice, żeby nie karmić chlebem, no bo jak wszyscy przychodzą i karmią, to jest to problem.

A.Z.: Tak. Dlatego uważam, że one są dobre i dlatego uważam, że wszystkie kaczkomaty, gdzie udostępniany jest właściwy pokarm, są bardzo w porządku. Są to takie punkty, w których można wrzucić monetę i wyskakuje porcja zboża czy jakaś inna mieszanka różnych ziaren, które podajemy ptakom. To jest bardzo fajna idea i uważam, że nie powinno być tak, że będziemy cały czas karmić ptaki chlebem, skoro nie jest szkodliwy. Właśnie to jest dobre do tego, żeby edukować ludzi i pokazywać im, że na pierwszym miejscu powinien być ten pokarm z ziaren. Ale jeżeli czasem ktoś rzuci kaczkom kawałek chleba, to nie należy na niego wrzeszczeć.

K.G.: Ptaki drapieżne na co dzień jedzą np. inne ptaki albo ryby, ale też np. dzięcioł jest drapieżnikiem. Ale potrafią jeść także owoce.

A.Z.: Muszę przyznać, że to było dla mnie duże zaskoczenie. Kiedy się przygotowywałem do pisania tej książki, szukałem różnych nieoczywistych zachowań ptaków. Ptaki drapieżne, ptaki szponiaste, czyli te wszystkie jastrzębie, orły albo sokołowe, czyli pustułki, kobuzy, sokoły wędrowne potrafią zjadać owoce, warzywa, a nawet grzyby. I glony, bo zauważono rybołowa, który zjadał właśnie gdzieś na plaży glony wyrzucone na brzeg. Jest to całkiem powszechne zjawisko, takie uzupełnianie diety owocami przez niektóre gatunki. Takim szczególnym miłośnikiem diety frutariańskiej jest kania czarna. Ona w szczególności upodobała sobie różne owoce, a zwłaszcza awokado. Okazuje się, że jest wielkim miłośnikiem awokado.

K.G.: A skąd my to możemy wiedzieć? Bo przecież nie da się oglądać tych wszystkich ptaków na bieżąco, co one tam jedzą. Więc skąd my to wiemy?

A.Z.: Takie rzeczy wiemy z doniesień naukowców, ornitologów, ktoś podgląda, opisuje to w postaci doniesienia naukowego. Przygotowując się do pisania tego rozdziału, przeczesywałem internet w poszukiwaniu takich rzeczy i całkiem sporo tego znalazłem, np. myszołowy zjadające jabłka. To jest jedna rzecz. Druga jest fajnym i wykorzystywanym naukowo w publikacjach źródłem wiedzy, sam mam taką publikację o barwnych aberracjach u ptaków, gdzie źródłem wiedzy były zdjęcia i filmy z internetu. Filmy, które widzimy w internecie na portalach społecznościowych albo na innych kanałach, to jest to, co coraz częściej naukowcy wykorzystują do analizowania i pokazywania, jak natura może być zaskakująca, bo nie zawsze wszyscy naukowcy muszą wszędzie być i wszystko widzieć. Czerpiąc z tzw. ruchu nauki obywatelskiej, możemy naprawdę dużo się dowiedzieć.

K.G.: A nie ma problemu z jakimś ewentualnym brakiem zaufania, że ktoś sobie coś wymyśli?

A.Z.: Oczywiście, że jest. Zawsze takie źródła trzeba bardzo rzetelnie i dokładnie zweryfikować.

K.G.: Ale jak zweryfikować?

A.Z.: Jeżeli chodzi o publikacje naukowe, to jest to kwestia recenzji. Zazwyczaj jest też do tego jakieś zdjęcie, a jeśli nie, to po prostu rzetelny opis. Wierzymy takiemu naukowcowi, obserwatorowi, że nie ma potrzeby kłamać. Aczkolwiek takie rzeczy na pewno się zdarzają. Natomiast w internecie, jeżeli chodzi o filmy, to jest trochę łatwiej, bo można sprawdzić, czy to jest fotomontaż, czy to przypadkiem nie jest specjalnie wytrenowane zwierzę do tego, żeby to robiło. Tak że jest szansa, żeby to zrobić. No i można się skontaktować z taką osobą, żeby to wyjaśniła, postarać się potwierdzić jej wiarygodność.

K.G.: Kiedy tutaj jechaliśmy do ciebie, to trochę się obawialiśmy, że komary nas zjedzą. Szczególnie synek, wyskoczył z samochodu i zaczął krzyczeć, że uwaga na komary. Na szczęście ich nie ma, ale opowiadam o tym dlatego, że w kontekście krwi zasadniczo kojarzą nam się z tym komary, ewentualnie nietoperze. Ale tutaj znowu à propos tego, że przyroda jest nieoczywista – ptaki również się posługują krwią. Jakie, gdzie?

A.Z.: Tak, to jest kolejna rzecz, która jest dosyć zaskakująca, że kilka gatunków ptaków, które jako dosyć ważny w niektórych warunkach dodatek do swojej diety wykorzystuje krew. Dotyczy to gatunków, które zasiedlają wyspy oceaniczne, ponieważ są to środowiska bardzo trudne do życia, ubogie w zasoby. Ptaki, którym udało się tam przeżyć, są niezwykle inteligentne i nie chciałbym, żeby to zabrzmiało pejoratywnie, ale przebiegłe. W sensie, że doskonale potrafią się dostosowywać i wykorzystywać te zasoby, które mają, np. na Galapagos przedrzeźniacz, hakodzioby ptaszek, który jak sama nazwa wskazuje, ma naprawdę wielki, potężny dziób. On sam jest niewielki, bo troszeczkę mniejszy od naszych szpaków. Potrafi specjalnie ranić głuptaki, które są od niego o wiele większe, aby spijać z nich krew. Podobnie darwinka północna – kolejny ptak, dobrze znany przedstawiciel grupy zięb Darwina. Uczymy się o nich w szkole, że w zależności od diety, jaką preferują, tak ich dzioby się kształtują, ewoluują. One również potrafią świadomie ranić w okolicach kupra, bo tam jest najdalej od dziobu, który mógłby w jakiś sposób im zagrozić.

K.G.: Tym z państwa, którzy się teraz krzywią, trzeba przypomnieć, że krew jest obecna także w diecie ludzi. Nie wszystkich, ale jak ktoś wcina taką tradycyjną kaszankę, to tak. Ja robię świetną wegekaszankę. [śmiech] Czy te wszystkie, powiedziałabym, ekstremalne, zaskakujące rzeczy dotyczące ptaków to jest coś, co się dzieje na wyspach, w tropikach? Czy to jest coś, co możemy spotkać również u nas w Polsce? Czy ta nasza przyroda jest równie fascynująca?

A.Z.: Ja chciałem się odnosić głównie do tych gatunków ptaków, które spotkamy u nas. Żeby to było raczej pokazanie tego piękna i tej niezwykłej, skomplikowanej więzi naszych ptaków. Nie jest to możliwe w całości, bo wiadomo, że kraj i jego położenie to są bardzo specyficzne szerokości geograficzne. Natomiast świat ptaków jest dużo bardziej złożony na południu, na wyspach, w różnych innych miejscach. I aby to wszystko móc przedstawić, pokazać, musiałem się też trochę odnosić do innych zakątków świata. Bo w naszych warunkach nie ma takich ptaków, które żywią się krwią.

K.G.: Pytam cię tak szerzej, o te wszystkie rzeczy związane z tym, że np. ryby atakują ptaki, te wszystkie bardziej zaskakujące rzeczy, o których wcześniej mówiliśmy. 

A.Z.: Tak, to się również dzieje u nas.

K.G.: Bo trudno jest zobaczyć duże superprodukcje przyrodnicze dotyczące przyrody w strefach umiarkowanych. To wszystko się dzieje gdzieś na wyspach, w Afryce Środkowej itd. Czy to znaczy, że nasza przyroda jest nudna? Czy to, co się dzieje dookoła nas, jak siedzimy koło ujścia Rospudy, jest nudne?

A.Z.: Absolutnie nie. Dlatego w moich książkach właśnie główny nacisk kładę na tę naszą przyrodę. Te wszystkie ciekawostki spoza są tylko takim uzupełnieniem, tym, czego tutaj nie znajdziemy, nie spotkamy, a uważam, że jest ciekawe i fajnie by było po to sięgnąć. Uważam to samo co ty. To znaczy, że te wszystkie produkcje, to wszystko, co wiemy o zwierzętach, pochodzi z jakichś krajów i kontynentów tak bardzo odległych, że ludziom bardzo często jest ciężko uwierzyć w to, że ten nasz przez pół roku nudny, szarobury, zimny kraj jest ciekawy i że tutaj naprawdę mogą żyć barwne, ciekawe zwierzęta. A tak jest. Bo nagle zetknięcie z takim gatunkiem jak żołna albo kraska sprawia, że wiele osób po prostu nie może się nadziwić. Mamy ptaki, które wyglądają jak papugi, są tak barwne i kolorowe. Ale to tylko dlatego, że właśnie edukacja na tym poziomie w mediach, a zwłaszcza w mediach mainstreamowych i publicznych, które powinny mieć jakąś misję, żeby właśnie przybliżać nam tę przyrodę, dosyć mocno kuleje. Ale na szczęście jesteśmy w momencie przygotowywania programu takiego serialu, gdzie mówimy o tym naszym pięknym kraju i przyrodzie.

K.G.: W Super Polsacie, tak?

A.Z.: Tak, Podglądacze przyrody.

K.G.: Będziecie mogli tam oglądać Adama razem ze współprowadzącym Robertem Dróżdżem. No dobrze, to w takim razie powiedzmy więcej o tych fascynujących ptakach. Jakby się tak wybrać gdzieś do lasu, to co możemy spotkać takiego, żeby nam spadły kapcie?

A.Z.: Jeszcze w kontekście Puszczy Augustowskiej, bo pytałaś mnie o to, co ciekawego tu występuje, to takie moim zdaniem najciekawsze ptaki, jakie moglibyśmy tu zaobserwować, to są głuszce. Ptak, który jest wielkości indyka, zresztą go przypomina, kurak, z takim pięknym wachlarzowatym ogonem, bardzo rzadki. W Polsce jest ich w tym momencie, o ile dobrze pamiętam, około dwustu kogutów, bo tu populację ocenia się na podstawie kogutów, ponieważ samice są bardzo ładnie, ale maskująco ubarwione, więc ciężko je policzyć i dowiedzieć się, ile ich jest dokładnie w danym lesie. Są na skraju wyginięcia, ponieważ jest to gatunek, który lubi zimno, mówi się o nim, że jest to gatunek borealny. A tutaj ciągle jeszcze możemy je spotkać, są przepiękne. Miałem kiedyś przyjemność i to było niezwykłe i zarazem smutne wydarzenie, ponieważ dostałem informację, że tutaj w okolicy właśnie, gdzie się znajdujemy, na zrębie, czyli miejscu, gdzie wycięto las i wsadzono nowe drzewa, robotników leśnych zaatakował taki kogut. Po prostu siedział w środku dnia na zrębie i atakował ludzi, którzy się do niego zbliżali, co jest nie do pomyślenia, ponieważ jest to bardzo skryty i stroniący od ludzi ptak.

K.G.: To co on był taki sfrustrowany?

A.Z.: Ponieważ jest ich tutaj tak mało, nie mają partnerek, to w okresie godowym, kiedy nie mogą dać ujścia swoim potrzebom, po prostu głupieją, wykazują takie anormalne zachowania. I to jest bardzo przykre. Z jednej strony to było niezwykłe móc się mu tak blisko przyglądać, a z drugiej strony smutne, że dochodzi do takich sytuacji. Ale udało mi się tego ptaka złapać i przewieźliśmy go do Kadzidłowa na Mazurach, gdzie prowadzona jest taka hodowla zachowawcza głuszców. I ten głuszec został ojcem wielu dzieci. Po czasie, kiedy się już uspokoił, wrócił do lasu. [śmiech]

K.G.: A żołna? Mówisz, że są piękne i kolorowe.

A.Z.: Tak. W okolicach Puszczy Augustowskiej też występują. W samym lesie ich nie znajdziemy, ale w dolinach rzecznych kilka lat temu w okolicach miejscowości Okółka już się gnieździły. To jest taki przykład tego, że coraz bardziej na północ te ptaki już dotarły. Jest to gatunek południowy, który potrzebuje do życia, do występowania wysokich temperatur w lipcu, ponieważ jest to uzależnione od aktywności latających owadów, głównie błonkówek, na które poluje. Ważki, pszczoły, osy, trzmiele – wszystko, co lata w powietrzu i zazwyczaj ma żądła, jest ulubionym przysmakiem żołn. Gnieżdżą się także w kopalniach żwiru i piasku, czyli tam, gdzie człowiek pozyskuje, gdzie działalność człowieka jest bardzo silna. A ostatnio w związku z budową dróg wiele takich dziur w ziemi powstaje. No i to jest dobre siedlisko dla żołn.

K.G.: Czy można spotkać w Polsce ptaka na haju, który się najadł maku?

A.Z.: W Polsce nie, ale myślę, że do takich zjawisk mogło dochodzić kiedyś, kiedy uprawy maku były częstsze. Ale w tym roku mieliśmy taki przypadek w Czechach albo na Słowacji, u naszych południowych sąsiadów, gdzie właśnie na takim dużym polu maku usiadły łabędzie, około dwustu osobników, jeszcze w lutym, kiedy były rozlewiska i maku nie było. Ale jak mak zaczął wzrastać, to zaczęły się żywić liśćmi tej rośliny i okazuje się, że zawarte w nim opium spowodowało uzależnienie tych ptaków.

K.G.: Poważnie?

A.Z.: Tak.

K.G.: Tak lekko zaczęłam, a to poważna sprawa.

A.Z.: Była poważna, ponieważ skończyła się tragicznie dla około sześćdziesięciu osobników. Były niezdolne do lotu, były całkowicie pochłonięte spożywaniem tego maku. Spowodowały też dużo szkód jednemu rolnikowi oszacowanych na około dziesięć tysięcy euro. No ale same też doświadczyły dużych niedogodności. Tak jak mówię, niektóre po prostu tego nie przeżyły. Były cały czas pochłonięte zjadaniem maku.

K.G.: I to jest sytuacja zupełnie jednostkowa czy gdzieś na świecie to się zdarza?

A.Z.: Na świecie zdarzały się takie przypadki, nie jeżeli chodzi o łabędzie, ale papugi aleksandretty. W Polsce już też je mamy lęgowe – na południu, w Nysie. Naturalnie występują w Afryce i Azji. I właśnie w Indiach aleksandretty także urządzają rajdy na takie pola makowe. Okazuje się, że też ulegają uzależnieniu i wykazują zachowania bardzo niekorzystne, prowadzące do ich śmierci, bo niektóre potrafią zamroczone spadać z drzew i ginąć w ten sposób, ulegają atakom drapieżników, ponieważ są tak niezdolne do ucieczki. Tak że dla wielu z nich to się kończy tragicznie. I dla samych farmerów jest to też duży problem, bo powodują one duże straty. Co ciekawe, jest to o tyle interesujące, ponieważ łabędzie, zjadając liście, całe rośliny makowe, otrzymują duże ilości opium, w którym jest morfina, i w ten sposób ulegają jej wpływowi. Natomiast w przypadku papug jest tak, że one wyjadają nasiona, a nasiona nie zawierają opium, ale przegryzając się przez zielone makówki, to mleczko makowe, które jest tam zawarte, trafia do ich organizmów i w ten sposób następuje przyjmowanie tej substancji.

K.G.: Będę cię chciała teraz wypytać o to, jak to jest być dobrym ptasim obserwatorem lub dobrym przyrodnikiem i czy trzeba robić to wszystko, co ty robisz. Bo twoje metody badawcze są specyficzne. [śmiech] Na przykład Adam swego czasu najadł się bardzo dużo maku, żeby sprawdzić, czy test z apteki wykaże obecność morfiny. Bardzo proszę o szczegóły tej historii.

A.Z.: [śmiech] Tak jak opisywałem to w książce, kiedy dowiedziałem się o tym, że ptaki mogą ulegać uzależnieniu, że opium może trafiać do ich organizmów, zacząłem drążyć temat i okazuje się, że u ludzi też to występuje, że były takie przypadki, kiedy ludzie, zjadając np. jakieś precle krakowskie posypane makiem albo drożdżówki z makiem, także mieli objawy zażywania morfiny. Wszystko dotyczy jakości tego maku. Jest wiele różnych rzeczy, które na to wpływają, to, skąd ten mak pochodzi, z jakich upraw, czy i w jakim stopniu został na jakimś etapie procesu pozyskania zanieczyszczony, poddany obróbce termicznej, czyszczeniu itd. Dużo rzeczy się na to składa, ale zdarzają się takie przypadki, że właśnie tej morfiny jest na tyle dużo, że w testach na obecność opioidów może to wyjść. Moja pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem.

K.G.: Makowca się wtedy najadłeś, tak?

A.Z.: Tak, zjadłem na śniadanie ponad pół kilograma makowca, a potem wykonałem ten test. Nie wyszedł. Później przeprowadziłem drugą próbę, ale zakupiłem makowiec w innym miejscu, i ten test okazał się pozytywny. Było to dla mnie duże zaskoczenie i takie wow, super, to działa. Ale potem w rozmowie z farmaceutką dowiedziałem się, że wpływ na to, czy wynik jest pozytywny, czy negatywny ma dużo innych czynników, m.in. to, czy przyjmujemy leki na bazie kodeiny, morfiny. I nie pamiętam, czy wtedy przyjmowałem leki, ale zdarzają mi się dosyć często bóle głowy i przyjmuję tego typu leki, więc wcale by mnie taki wynik nie zdziwił.

K.G.: Ale co kilogram makowca zjadłeś, to zjadłeś. [śmiech] Czy jeśli chce się być profesjonalnym przyrodnikiem, to trzeba, tak jak ty, np. lizać pióra bociana?

A.Z.: Nie, ja chyba za mocno wchodzę w to wszystko. [śmiech] Dowiedziałem się, że kiedyś ludzie w okolicach Opolszczyzny uznawali bociany za trujące, a wiem, że polizanie pióra jednego z ptaków na Nowej Gwinei – fletowca – spowodowało ścierpnięcie ust. Pomyślałem sobie: a spróbuję, co mi szkodzi. Nie ścierpły. [śmiech]

K.G.: Wcieranie w dłonie śniegu z moczem lisa.

A.Z.: Czytałem o różnych związkach ptaków z moczem innych zwierząt, bo same ptaki nie produkują moczu, tylko tzw. kałomocz. Doszedłem do takiego punktu, kiedy badano, jak ptaki potrafią doskonale rozpoznawać zapach moczu drapieżników, w tym lisi, który jest bardzo intensywny. Faktycznie, czasami chodząc w lesie w różnych miejscach, czułem go, ale pewnego razu widziałem, jak lis przeszedł przez tory kolejowe, przeciął mi drogę. Zatrzymał się na chwilę, nie zauważył mnie i nasikał. Więc poszedłem w tamto miejsce i chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak mocno intensywny, jak podają niektórzy naukowcy, i tak. Nie polecam, ciężko jest to zmyć.

K.G.: Ostatnia rzecz – zjadanie tego kleju z rosiczki, czyli rośliny zjadającej owady. To była próba czego?

A.Z.: Po prostu chciałem sprawdzić, czy to jakoś smakuje, czy to jest słodkie, kwaśne, może gorzkie, dlaczego te owady tak do tego lecą. Wydaje mi się, że może chodzić o zapach, ponieważ smaku nie ma to żadnego. [śmiech]

K.G.: Rosiczki też są tutaj w okolicy, prawda?

A.Z.: Tak, są. Nad Rospudą jest bardzo dużo rosiczek.

K.G.: Skrupulatnie wynotowałam te specyficzne przyrodnicze zachowania Adama, ale właśnie jak mówimy, nie trzeba tego wszystkiego robić. A teraz mówiąc bardzo serio, jak to jest być dobrym, uważnym, nieprzeszkadzającym przyrodzie obserwatorem? Bo to nie jest taka prosta sprawa.

A.Z.: Myślę, że to jest kluczowe. Jeżeli chcemy poznać życie ptaków, w ogóle zwierząt i żeby ono było prawdziwe, to musimy starać się jak najmniej w nie ingerować. Dlatego coraz częściej do takich rzeczy wykorzystuję fotopułapki, bo to jest świetna nieinwazyjna metoda, która pozwala mi podglądać życie zwierząt zupełnie niezaburzone przeze mnie. Chociaż czasami zdarza się, że potrafią wyczuć zapach tej fotopułapki i przez pierwszych kilka dni widzę, że jednak ma to jakiś wpływ na ich zachowanie. Ale po pewnym czasie się przełamują i zaczynają się zachowywać naturalnie. Więc każdy nasz kontakt z naturą, kiedy ptak nas dostrzeże, sprawia, że jest bardziej spięty, nie zawsze zachowuje się naturalnie. To jest duża sztuka, umieć się wyciszyć, być spokojnie w tym lesie czy jakimś innym miejscu i starać się nie zakłócać tego spokoju zwierząt, i przyglądać się im bardzo uważnie. Dawno już porzuciłem takie gonienie za zaliczaniem gatunków, robienie sobie list, co widziałem, czego nie widziałem, i gdzie widziałem. Stwierdziłem, że nie sprawia mi żadnej przyjemności zbieranie punktów, trochę jak Pokemony. Nie krytykuję tego, każdy lubi co innego, ale mi przestało to sprawiać przyjemność, więc zacząłem się bardziej uważnie przyglądać przyrodzie. I naprawdę sprawiło to, że czuję się lepiej i dostrzegam dużo fajnych rzeczy, a potem staram się ich szukać i wyjaśniać, jeżeli sam ich nie rozumiem.

K.G.: Ale jak to robić? Bo jesteśmy wychowani na filmach przyrodniczych, które powstają miesiącami po to, żeby nam dać godzinny odcinek. Tam się co chwilę coś dzieje. I uznamy, że wybierzemy się oglądać przyrodę, a tu nic.

A.Z.: Tak, to wymaga dużo cierpliwości. Trzeba się tego wszystkiego nauczyć. Kosztuje to dużo czasu, ale ten czas można poświęcić na to, żeby się uważnie rozglądać. Bo to nie musi być coś tak spektakularnego, jak wspomniana wcześniej żołna. To nie musi być coś tak rzadkiego, jak zając bielak, który występuje w Puszczy Augustowskiej – i właściwie tylko tutaj. To mogą być różne owady, które widzimy po drodze, różne ciekawie pogryzione przez owady liście. To mogą być różne pozostałości po zwierzętach. Mnóstwo przyrodników się fascynuje oglądaniem kup zwierząt, bo można w nich znaleźć różne ciekawe rzeczy. Ja zawsze przeglądam wilcze kupy, bo są tam np. kości, kopyta, trawa, którą zjadają. To jest jedna z rzeczy dotycząca samoleczenia zwierząt, którą też poruszam w książce. Więc to jest naprawdę fascynujące, ile ciekawych rzeczy można dostrzec.

K.G.: Ale na co innego trzeba zwracać uwagę, prawda?

A.Z.: Tak. My jesteśmy nauczeni szukania tych dużych zwierząt, a nauczenie się dostrzegania tych drobnostek naprawdę daje ogrom satysfakcji.

K.G.: A co trzeba zrobić, żeby zwiększyć swoje szanse na dostrzeżenie czegoś ciekawego? Trzeba się ubrać maskująco? To pomaga?

A.Z.: Niekoniecznie. Na pewno trzeba być cicho, trzeba się poruszać spokojnie, rozglądać i na pewno zobaczymy coś ciekawego. Właściwie wszędzie – czy to jest miasto, czy to jest jezioro, czy to jest las. Wszędzie tam można spotkać coś ciekawego. Jeżeli idziemy w las, gdzie chcemy zaobserwować jelenie albo inne bardzo płochliwe zwierzęta, to nałożenie białych spodni albo niebieskiej koszulki nie jest dobrym pomysłem, bo one wtedy doskonale nas widzą. Te kolory świetnie odbijają UV, a jak jeszcze mamy proszek, który wzmacnia to promieniowanie, to już w ogóle. One mają takiej zdolność, my jej nie mamy. Ale np. nałożenie czerwonej czy pomarańczowej czapki do lasu nie jest wcale takim głupim i bezsensownym pomysłem, bo przecież zwierzęta będą je widzieć. Nie, ludzie to widzą, dla bezpieczeństwa. Natomiast zwierzęta takie jak jelenie czy sarny nie widzą czerwonego i pomarańczowego, ponieważ nie mają w oku takich czopków, które są w stanie to wychwycić. Dla nich to jest taki kolor jasnobrązowy.

K.G.: A czego nie robić, żeby tej przyrodzie nie przeszkadzać? Jeśli np. zobaczymy jakieś gniazdo, to co?

A.Z.: Na pewno nie powinniśmy tego dotykać, zabierać. To znaczy, możemy dotknąć pióro czy jakąś skorupkę jaja, które zostało zniszczone, wyrzucone albo ptak się wykluł. Możemy to podnieść i się przyjrzeć, możemy nawet zabrać ze sobą takie pióro, nie ma w tym nic złego. Natomiast jeżeli chodzi o takie żywe zwierzęta, jakieś owady, to nawet jeśli weźmiemy je sobie na rękę, pooglądamy je, poobserwujemy, to oczywiście powinniśmy je wypuścić, nie robiąc im krzywdy. Nawet jeżeli próbujemy je złapać, to raczej też starajmy się unikać, bo nie każdy ma takie zdolności manualne, żeby zrobić to w taki sposób, żeby ich nie uszkodzić. To też wymaga doświadczenia. Są takie specjalne pułapki, w które możemy je chwytać, takie, gdzie się je zasysa do takiego pojemniczka. W ten sposób nie robimy im krzywdy i potem wypuszczamy. To też pomaga w obserwacji. Jak najmniej ingerować, czyli starać się nie dotykać żywych zwierząt, nie podchodzić za blisko do miejsc ich rozrodu. Jak widzimy gniazdo, z którego ptak wyleciał, możemy na chwilę zajrzeć – przez dwie, trzy sekundy nic się nie stanie, ale starać się nie dotykać. Nie jest prawdą, że dotkniemy i ptak porzuci taki lęg, bo zostanie tam nasz zapach. Ptaki mają świetny węch i na pewno to czują, ale to nie jest tak, że one porzucą to gniazdo. Jeżeli odejdziemy, to po prostu było zagrożenie i nie ma zagrożenia, nic złego się nie stało. Młode przeżyły, więc to nie było śmiertelne zagrożenie, to nie był drapieżnik. Ptak wraca, to jest jego potomstwo. U nich też wydziela się oksytocyna, jak u nas, kiedy widzimy i opiekujemy się naszymi dziećmi. Więc to nie jest tak, że ojeju, przeszedł człowiek, porzucam swoje potomstwo, uciekam, robię sobie inne gniazdo i wychowuję inne młode. To tak nie działa.

K.G.: Ale jeśli stoimy długo przy jakimś gnieździe, to ptak-rodzic może nie podlecieć, tak?

A.Z.: Tak. Dochodzi wtedy do innego zagrożenia dotyczącego tego, że ptaki są jednymi z najszybciej rosnących w świecie zwierząt. Bardzo szybko się rozwijają. Zresztą jak ktoś hodował ptaki – papugi albo kurczęta, wie, jak one szybko wzrastają. Więc ograniczenie dostaw pokarmu przez rodziców może się bardzo mocno odbić na ich kondycji, co potem wpływa na ich przeżywalność. Albo jeżeli jest chłodny dzień, to niedogrzewane mogą niestety umrzeć.

K.G.: Czujesz się w lesie jak w pracy czy nie?

A.Z.: Nie, ja się nigdy nie czuję jak w pracy. To przyjemność, to moje hobby. Nie czuję, żebym pracował. [śmiech]

K.G.: Ale jak wyglądają twoje wyprawy, takiego profesjonalnego przyrodnika, do lasu? Trzeba wstać o czwartej nad ranem, tego typu rzeczy?

A.Z.: Można pójść, kiedy się chce. Tylko od nas zależy, jakie mamy do tego podejście. Ja mam tak, że ta wyprawa musi sprawiać przyjemność. Idę, kiedy czuję, że tego potrzebuję. Idę tam, gdzie akurat mam ochotę i nie patrzę na drogi, na ścieżki – oczywiście tam, gdzie mogę, bo są rezerwaty przyrody albo parki narodowe, gdzie musimy się poruszać po szlakach – natomiast staram się iść na przełaj. Jak jestem w innej części Polski niż północno-wschodnia, którą znam dobrze, to zaznaczam sobie kropkę na mapie w GPS-ie, że tutaj mam samochód, i po prostu chodzę. Chodzę tyle, ile mam czasu i ochoty.

K.G.: Naszą rozmowę nagrywamy na przełomie lipca i sierpnia, natomiast słyszycie ją na początku września. Teraz dla tych, którzy już zaczęli pakować plecaki i chcą ruszyć w przyrodę – gdzie można pojechać, co zobaczyć na jesieni, żeby była satysfakcja? Gdzie może być ta ptasia rewia?

A.Z.: To będą wszystkie miejsca, gdzie są tereny wodno-błotne. Zwłaszcza wieczór, kiedy żurawie zbierają się do odlotu w takich dużych grupach – usłyszeć ten klangor wydawany z kilkuset, kilku tysięcy ptasich gardeł to jest po prostu coś niesamowitego, coś niezwykłego. Takimi miejscami, gdzie to zobaczymy, jest Biebrzański Park Narodowy, Park Narodowy Ujście Warty, a nawet okolice Warszawy. W okolicach Piaseczna nad Wisłą też są takie zlotowiska. Na Warmii i Mazurach w wielu miejscach również. Tak naprawdę wystarczy tylko zasięgnąć języka u mieszkańców albo jakichś ornitologów, przyrodników czy poczytać w internecie, gdzie takie miejsca można znaleźć. Milicz to jest kolejne miejsce, gdzie właśnie wielu pasjonatów przyrody przyjeżdża, żeby to oglądać, bo to jest jeden z takich niezwykłych momentów, kiedy mamy wrzesień – rykowisko i właśnie zlotowiska żurawi. Zwierzęta potrafią wtedy przechodzić między sobą, np. jelenie wchodzą w te stada żurawi. Wygląda to po prostu niesamowicie. Tak że zachęcam.

K.G.: A w międzyczasie przeczytajcie książkę Sensacyjne życie ptaków. Pierzaste wampiry, tęczowe albatrosy i trujące przepiórki. Jeszcze nie wszystko państwu z tej książki opowiedzieliśmy, np. pominęłam cały wątek dotyczący kup. [śmiech] Śledźcie też koniecznie profil Adama na Facebooku – Adam Zbyryt – Człowiek z puszczy. Dziękuję ci serdecznie za ten wspólny odcinek na łonie natury. 

A.Z.: Bardzo dziękuję.

Dodane:
1,4 tys.

Gość odcinka

Adam Zbyryt

Adam Zbyryt

Doktorant w Szkole Doktorskiej Nauk Ścisłych i Przyrodniczych Uniwersytetu w Białymstoku, popularyzator nauk przyrodniczych i autor książek o zwierzętach. Na co dzień zajmuje się ochroną i badaniem ptaków. Zajmował się zagadnieniem krajobrazu strachu, badając stres u jeleni i saren w obecności wilków, rysi i ludzi.

Obserwuj Radio Naukowe

Ulubione

Skip to content