Otwórz schowek Brak ulubionych odcinków
Borowiki to tylko wierzchołek góry grzybowej. Mykologiczna opowieść wiligijna [E05]

Borowiki to tylko wierzchołek góry grzybowej. Mykologiczna opowieść wiligijna [E05]

Pobierz Dodaj do ulubionych

Udostępnij odcinek

Pobierz Dodaj do ulubionych

Udostępnij odcinek

Dodaj do ulubionych
Pobierz odcinek

Udostępnij odcinek

Święta to festiwal grzybów. Ale owocniki borowików i podgrzybków to tylko maleńki fragment ich przebogatego świata. Poznałam go dobrze dzięki dr hab. Marcie Wrzosek, mykolożce, czyli badaczce grzybów, z Uniwersytetu Warszawskiego.

Marta to mądra badaczka, fantastyczna popularyzatorka i rozmówczyni. Razem napisałyśmy książkę „W czym grzyby są lepsze od ciebie?”. Chciałam się z Wami podzielić atmosferą rozmów z Martą w formie audio. Stąd podcast.

Piękna okładka Marty i mojej książki, wyd. Feeria

Rozmawiamy o zdrowotnych właściwościach niektórych grzybów, gatunkach, jakie można znaleźć zimą, dlaczego lepiej nie jadać grzybów z parków, o grzybach łazienkowych (jak się ich pozbyć), grzybach fruwających w naszych mieszkaniach (mogą być groźne), o grzybach manipulatorach… Takich jak owadomorek, pasożyt, który „rozkazuje” muchom.

Zdjęcie ilustracyjne: Valter CirilloPixabay

TRANSKRYPCJA

Karolina Głowacka: Gościem Radia Naukowego jest doktor habilitowana Marta Wrzosek, mykolog, czyli specjalistka od grzybów, pracująca na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Dzień dobry, Marto.

Marta Wrzosek: Dzień dobry, Karolino, dzień dobry, państwu.

K.G.: Ja tak mówię na „ty” do Marty, bo znamy się dość dobrze czy nawet bardzo dobrze ze względu na książkę, którą wspólnie napisałyśmy – W czym grzyby są lepsze od ciebie?. Od razu państwu polecamy, wydawnictwo Feeria. Marto, nie ma świąt bez grzybów. Jeśli mamy być szczera, to dla mnie mogłyby się na tych grzybach nawet zamknąć. Kapusta z grzybami zaklęta w pierogach, ewentualnie jeszcze zupa grzybowa. Jest taka legenda z mojego dzieciństwa, że w okolicach świąt jadałam pierogi na śniadania. Podobno mój rekord, mając jakieś dwanaście lat, to było osiemnaście pierogów. Powiedz, czy to jest tylko zachcianka, czy jedzenie grzybów to jest również coś dobrego dla naszego organizmu.

M.W.: Nawet potrzeba czasami. Wygląda na to, że jeżeli jadłaś tyle pierogów, to miałaś mocną potrzebę, a na pewno nie zaszkodziły. Cieszę się jednak, że nie jadłaś gąsek zielonek, ponieważ gdybyś je jadła w takiej ilości, mogłabyś mieć duże problemy, które doprowadziłyby cię wręcz do rozkładu mięśni poprzecznie prążkowanych. Gąski zielonki zawierają pewne substancje, które są szkodliwe, jeżeli spożyjemy ich bardzo dużo. Tak że musimy się troszeczkę mieć przed nimi na baczności.

K.G.: A takie borowiki, ci nasi królowie lasów? Czy to jest wyłącznie przyjemność, czy coś tam jest ewentualnie – może jakieś zdrowe pierwiastki, cokolwiek?

M.W.: Oczywiście, że tak. Borowiki są grzybami najlepszymi ze wszystkich, które możemy znaleźć w polskich lasach m.in. dlatego, że zawierają stosunkowo dużo białka, natomiast relatywnie mniej chityny. Jak wiadomo, grzyby składają się w większości z wody i chityny. Chityna to jest polimer, który jest dla nas całkowicie niestrawialny. Wobec tego większość masy grzybów po prostu przechodzi przez nas i mamy wyłącznie przyjemność smakową. Natomiast, ponieważ borowiki mają stosunkowo więcej białka, mogą być dla nas również jego źródłem. Ale nie jemy grzybów po to, aby się nimi tuczyć. Jemy je dlatego, że zawierają pewne związki prozdrowotne oraz witaminy, w szczególności z grupy B.

K.G.: Ale to też trzeba uważać, bo jak rozumiem, grzyby dość mocno wciągają ze środowiska do siebie to, co je otacza. Czyli jeśli np. mamy jakieś grzyby, które rosły koło autostrady, to chyba nie powinniśmy za bardzo z nich korzystać. Takie z parków też raczej nie bardzo?

M.W.: Zdecydowanie nie bierzemy grzybów rosnących przy drogach. Twierdzi się, że jeżeli grzyb rośnie około pięćdziesięciu metrów od drogi, to jest już bezpieczny. Natomiast rzeczywiście, ponieważ grzyby rozwijają w glebie grzybnię, mogą chłonąć dużo różnych związków i musimy mieć to na uwadze, kiedy je zbieramy. Grzyb nie zaczyna się i nie kończy w tym miejscu, gdzie jest owocnik.

K.G.: A no właśnie, bo my tak myślimy, że grzyb to jest ten owocnik, a tymczasem on jest tak naprawdę w środku rozciągnięty w glebie.

M.W.: Grzyb to jest grzybnia. A wracając do tego, jakie są związki w grzybach, to przede wszystkim witaminy z grupy B – witamina B1, B2, B3, B5, kwas foliowy, fosfor, potas, żelazo. To są nasze główne zyski z jedzenia grzybów.

K.G.: To całkiem bogato. A co z grzybami shitake? Odchodząc trochę od naszych lokalnych grzybów. Bo zdaje się, że shitake mają za sobą mocną prozdrowotną kartę.

M.W.: Tak, zdecydowanie. To są glukany, które działają wzmacniająco na nasz układ odpornościowy. W grzybach są zawarte związki, które stymulują produkcję interferonu, który wzmacnia nasz organizm i działa przeciwwirusowo, przeciwnowotworowo. Wobec tego z całą pewnością glukany są zdrowe. Natomiast, jeżeli chodzi o shitake, to one mają jeszcze jeden atut – jest nim obniżenie cholesterolu. Były robione badania, w których wykazano, że spożywanie stu gramów dziennie obniża znacząco cholesterol, nawet do dziesięciu procent. A jeżeli smażymy shitake, czyli twardziaka jadalnego, na maśle i bierzemy sześćdziesiąt gramów masła na sto gramów grzybów, to cholesterol nie wzrasta. Obniża się nieznacznie, ale jednak się obniża.

K.G.: Żeby jeszcze trochę tańsze były te shitake, to może byłoby łatwiej je częściej zjadać. Zresztą w ogóle grzyby do najtańszych nie należą. Powiedz, czy dałoby się zimą zjeść świeże grzyby z polskich lasów? Nie mrożone, nie suszone, a właśnie świeże.

M.W.: Tak, zdecydowanie jest taka możliwość, aczkolwiek musimy się troszeczkę natrudzić, aby je znaleźć. Pierwszy grzyb, o którym jeszcze ci nigdy nie mówiłam, to wodnicha późna.

K.G.: Faktycznie, pierwsze słyszę.

M.W.: Jest to grzyb, którego właściwie dla siebie odnalazłam dopiero niedawno. Jest to grzyb późnojesienny, a nawet zimowy. Widziałam zdjęcia tych grzybów zrobione w środku lutego. Wobec tego, jeżeli nie mamy śniegu leżącego na polach, to nawet w lutym możemy znaleźć wodnichę późną.

K.G.: I jak ją rozpoznać? 

M.W.: Ponieważ właściwie już mało innych grzybów o tej porze roku występuje, stosunkowo łatwo ją odnajdziemy. Przede wszystkim idziemy w miejsca suche, piaszczyste, o kwaśnej glebie. Wyobraźmy sobie taką suchą wydmę, podrost sosnowy na naszą wysokość albo niewiele większe sosenki, takie kilkunastoletnie. Zwykle znajdziemy tam mchy, czasami jakieś takie kamienie narzutowe, głazy. Proszę sobie wyobrazić takie miejsce. Suchy piasek, trawy, mchy i sosenki. I tam wśród nich mamy szansę znaleźć właśnie wodnichę późną. To jest niewielki grzyb o lekko śluzowatym kapeluszu. Kapelusz jest w kolorze szaro-oliwkowym. Na pierwszy rzut oka nieco przypomina maślaka właśnie ze względu na tę śluzowatą strukturę. W momencie, kiedy spojrzymy pod kapelusz, ma bardzo piękne, żółte, nawet cytrynowe blaszki, stosunkowo rzadko rozmieszczone. To jest właśnie cecha charakterystyczna dla wodnichy późnej. Grzyby są niewielkie, średnica kapelusza to od dwóch do pięciu centymetrów. Bardzo smaczne grzyby, zachęcam.

K.G.: A zimówki? O zimówkach mi mówiłaś, one są bardzo charakterystyczne. Ja nigdy ich niestety nie spotkałam, ale widziałam twoje zdjęcia i to jest po prostu piękny grzyb, tym bardziej, jeśli spadnie śnieg.

M.W.: Zimówki są stosunkowo pospolite. W szczególności radziłabym się udać np. w doliny rzeczne, w jakieś wilgotne lasy. Ja sama spotykałam bardzo dużo zimówek nad Wisłą. Kiedyś robiłam inwentaryzację grzybów w rejonie nadwiślańskim i tam rzeczywiście w takim pasie nadbrzeżnym było sporo zimówek. Mamy również w Warszawie park Młociński, który też leży nad Wisłą, jest częściowo mało dostępny i zarośnięty. Właśnie w takich krzakach, w zaroślach możemy znaleźć zimówki. Ale widuję je również na lipach. Jeżeli mamy jakąś starą aleję lipową, to również tam mogą nam wyrosnąć zimówki. One rosną w kępie, wobec tego troszeczkę przypominają opieńki, ale łatwo je rozpoznać przez to, że mają przepiękne zamszowe trzony – stąd nazwa. Współczesna nazwa polska to płomiennica zimowa, natomiast dawna nazwa to zimówka aksamitno-trzonowa. Nazwa „aksamitno-trzonowa” była bardzo charakterystyczna, bo trzony są właśnie czarne, zamszowe, szczególnie w tej dolnej części, bardzo charakterystyczne. Nazwa współczesna – płomiennica zimowa – to też bardzo dobra nazwa, ponieważ kapelusze są ogniste, żółto-pomarańczowe, widoczne z daleka. Jeżeli spadnie śnieg, to jest to najbardziej kolorowy element przestrzeni. Nagle z daleka dostrzegamy coś pomarańczowego w ściółce albo na drewnie – jest duża szansa, że będzie to zimówka.

K.G.: Jest ona jadalna?

M.W.: Tak, jak najbardziej, zimówki są jadalne. Co więcej, myślę, że niektórzy z państwa je znają pod zupełnie inną nazwą. Mamy takie japońskie grzyby zwane enoki. I te enoki, które możemy znaleźć czasami w dużych sklepach, wyglądają zupełnie inaczej niż to, co ja tutaj państwu omówiłam. Ponieważ w supermarketach znajdujemy białą wersję hodowlaną enoki. One czasami są chyba nazywane grzybami makaronowymi, ponieważ mają bardzo długie trzony. Te trzony uzyskuje się przy odpowiedniej hodowli, a grzyby są białe, ponieważ, jeżeli hodujemy je w całkowitej ciemności, to najczęściej barwniki się w ogóle nie tworzą. Czasami znajdziemy wersję żółtawą, jeżeli grzyb jest hodowany w innych warunkach, ale bardzo często w handlu znajdujemy po prostu białe grzyby o malutkich kapelusikach na bardzo długich białych trzonach.

K.G.: Grzyby królują w naszych domach w okresie świątecznym i mogłoby się wydawać, że głównie wtedy, ale przecież to jest nieprawda. Powiedz, czy ty jako ambasadorka grzybiego świata masz coś takiego, że w zasadzie wszędzie je dostrzegasz? Bo one są wszędzie, latają w powietrzu, są w wodzie, są na ścianach, nawet naszych czystych mieszkań. Czy one naprawdę są cały czas wśród nas i czy masz na nie taki osobisty radar?

M.W.: Myślę, że mam. Mnie grzyby interesują, wobec tego zdarza mi się, że podnoszę niemal każde drewienko, które znajduję w lesie, które wydaje mi się pokryte jakąś nietypową strukturą. Bardzo często są to owocniki grzybów. Takie małe, że trudno je dostrzec niewprawnym okiem. Powiedziałaś o grzybach w domach. Mogę się podzielić moim domowym doświadczeniem – mam w holu dość dużo roślin. Co jakiś czas przechodzą na nie różne choroby, najczęściej owadzie albo związane z rozwojem roztoczy. Próbuję usuwać szkodniki, natomiast zauważyłam, że często po ich usunięciu pojawiają się tam grzyby. I w tej chwili mam wspaniałą cytrynę, której liście są niestety po prostu pokryte pleśnią.

K.G.: No i skąd one się wzięły?

M.W.: Pleśnie są wszędzie. Rzeczywiście, tak jak powiedziałaś, zarodniki latają w powietrzu, a w szczególności, jeżeli hodujemy rośliny w domu, to pamiętajmy, że mamy ziemię, mamy stare liście, których zwykle nie usuwamy od razu. Mam takie duże stare donice i gromadzi się tam tzw. detrytus, materia organiczna. Ja ich nie przekopuję, nie zmieniam im ziemi. Ale być może nie jest to najlepszy sposób, bo na takich liściach leżących w warunkach wysokiej wilgotności cały czas tworzą się kolejne pokolenia grzybów. Niektóre z nich mogą być niebezpieczne.

K.G.: Niebezpieczne? Dlaczego?

M.W.: Niebezpieczne dla człowieka. Daliśmy kiedyś studentom w czasie zajęć szalki z podłożem, żeby sprawdzili, jakie grzyby mają w swoich domach.

K.G.: Szalki to są takie malutkie naczynia laboratoryjne.

M.W.: Tak, płaskie talerzyki wypełnione czymś, co przypomina galaretkę, na czym grzyby bardzo lubią rosnąć. Zadaniem studentów było otworzyć naczynko i wystawić na dwadzieścia minut na działanie grzybów, które krążą w powietrzu. Mieli oni zamknąć szalkę, przynieść do laboratorium i tam już my pod mikroskopem sprawdzaliśmy, co wyrosło. Jedna studentka przyniosła szalkę, która spowodowała, że włosy mi stanęły na głowie. Szalka była całkowicie pokryta bardzo groźnymi dla zdrowia pleśniami. Tak też może być. Zaczęliśmy szukać. Zawołałam tę studentkę i zaczęłyśmy analizować, czy jest w jej domu jakieś miejsce, które mogłoby być źródłem tych grzybów. Dostała następne szalki z podłożem, miała je wystawić w różnych miejscach domu i w końcu udało nam się dojść do przyczyny zła. Był to stary suchy bukiet, który dalej tkwił w jakimś glinianym dzbanku. Prawdopodobnie w dzbanku dawniej była woda, która częściowo wyschła. Widocznie były to jakieś suche rośliny, które nie straciły walorów estetycznych, natomiast grzyby rozwijały się tam w dobrych warunkach.

K.G.: A tak to niewinnie potrafi wyglądać – suchy bukiet.

M.W.: Był bardzo atrakcyjny wizualnie.

K.G.: Tylko na czym może polegać taka szkodliwość grzybów? Dlaczego tak się zaniepokoiłaś akurat tym? Może on jakoś wniknąć w nasze płuca? Co takiego się może stać?

M.W.: Nawet więcej. On najprawdopodobniej nie wniknie w nasze płuca. To znaczy, mamy pojedyncze gatunki, które mogą powodować grzybicę płuc, ale tutaj problem jest troszkę inny. Otóż są grzyby, w szczególności z rodzaju Aspergillus, czyli kropidlak, które wytwarzają bardzo groźne toksyny. Akurat kropidlak żółty, który wystąpił na szalce u studentki, wytwarza związek o nazwie aflatoksyna. Jest to substancja, która powoduje mutację w naszym DNA. Ostatecznie może doprowadzić do pojawienia się np. chorób nowotworowych. Ponieważ, jak wiadomo, różne mutacje pojawiają się spontanicznie w naszych komórkach, w naszym DNA, w momencie, kiedy pojawia się czynnik, który wzmacnia częstość występowania mutacji, organizm już na pewnym etapie przestaje móc sobie radzić z usuwaniem błędów.

K.G.: A taki grzyb łazienkowy? Popularny – co byśmy nie mówili, to każdy się z takim grzybem prędzej czy później będzie zmagać albo już się zmagał. Jest on niezwykle irytujący, bo na czyściutkich powierzchniach łazienkowych, często bielutkich, czarne, obrzydliwe kropki. Jak on się tam w ogóle dostaje? Bo przecież w łazienkach nie ma zbyt wiele organicznej materii, tak jak w kuchni czy gdzieś w domu, gdzie mamy np. liście z poprzedniego sezonu czy wysuszone bukiety. Łazienka jest jednak takim miejscem, gdzie zachowujemy czystość. A tam trach, grzyb łazienkowy, jakże popularny.

M.W.: Tak, grzyb nazywa się bardzo ładnie – Aureobasidium pullulans i należy do grupy tzw. czarnych drożdży. Na szczęście nie jest dla nas niebezpieczny. Jest bardzo niewiele osób, które mogły wykazywać uczulenie. Natomiast jest to grzyb, który ma wyjątkowo małe potrzeby. To dokładnie ten sam grzyb, który często robi szpetne czarne kropeczki na zabytkowych rzeźbach w naszych parkach. Jeżeli mamy rzeźbę upstrzoną czarnymi kropkami, to jest dokładnie ten sam Aureobasidium pullulans. Ale to nie tylko to. Mamy również niegroźną chorobę jabłek, która się nazywa plamistością skórki – malutkie czarne kropeczki czasami pojawiają się na skórce jabłek, po prostu uszkadzając je wizualnie. Tak naprawdę grzyb nawet nie przechodzi głębiej do warstwy miękkiej, tylko pozostaje na skórce, natomiast jabłko traci walory estetyczne i jest niechętnie kupowane. To również jest Aureobasidium pullulans. Grzyb niegroźny, ale nie podoba nam się z powodu barwy i wyglądu.

K.G.: Ale jak się go pozbyć? Bo powiedziałaś, że niewiele mu potrzeba do życia, ale bardzo wiele potrzeba, żeby go zabić. To jest czasami praktycznie niemożliwe.

M.W.: To jest grzyb, który na pewno wróci, jeżeli po raz kolejny damy mu spokój i zapewnimy wilgotność. Natomiast, jeżeli chcemy się go szybko pozbyć, to należy po prostu użyć wybielacza. Kupić w sklepie wybielacz typu Ace albo Bielinka, a następnie polać miejsca zmienione przez wzrost grzyba i poczekać kilkanaście minut.

K.G.: I to jest konkretna porada.

M.W.: Aczkolwiek muszę niestety dodać, że wróci za jakiś czas i trzeba będzie powtórzyć tę operację.

K.G.: Powiedziałaś, że ten grzyb funkcjonuje również na jabłkach, czasami te czarne kropeczki to właśnie on. A co z pleśniami, które są na naszym jedzeniu, jeśli przegapimy odpowiedni moment, żeby je spożyć? No i to jest jak zawsze wielki spór: czy można dojeść, czy odkroić kawałeczek i dojeść, czy wyrzucić wszystko. Jak to jest?

M.W.: To jest dosyć skomplikowana sprawa. Najczęstszym grzybem, który pojawia się na naszych produktach spożywczych, w szczególności myślę tutaj o rzeczach gotowanych albo słodkich – dżemach, konfiturach, jest Penicillium, czyli pędzlak. Jak dobrze wiemy, to właśnie z pędzlaka Fleming wyizolował penicylinę. Więc mogłoby się wydawać, że nic zdrowszego, ze należy zdjąć pleśń, po czym spałaszować z przyjemnością dżem. Ale to niestety nie jest prawda, ponieważ nie wszystkie pędzlaki mają takie dobroczynne znaczenie. Są też takie pędzlaki, jak np. Penicillium expansum, które pojawiają się również na jabłkach, które produkują patulinę. Nawet sama nazwa „patulina” nie brzmi zbyt dobrze. Jest to substancja toksyczna. Wobec tego nie możemy uznać, że możemy zjeść dżem z pędzlakiem. Radzę jednak taki słoik z dżemem wyrzucić.

K.G.: Tym bardziej że mykotoksyny potrafią być bardzo szkodliwe, prawda?

M.W.: Tak, bardzo szkodliwe i musimy się jednak przed nimi chronić. Mamy jeszcze inny grzyb, który bardzo często pojawia się na pokarmach – jest to Fuzarium, czyli sierpik. Są to grzyby, które wytwarzają bardzo wiele różnych toksyn, w sumie chyba około trzydziestu różnych typów. I my też nie zawsze wiemy, które toksyny dominują. Są związki, które są łagodniejsze dla nas, i takie, które są mniej łagodne. Są takie, które są łagodne dla człowieka, a fatalnie działają np. na trzodę chlewną. Wobec tego, nie wiedząc, lepiej się wstrzymać.

K.G.: Chciałabym cię jeszcze wypytać o grzyby, które są wśród nas, a o których istnieniu często nie wiemy, a bywają to grzyby niezwykle, chciałoby się powiedzieć, „inteligentne”, ale mówię to z ogromnym dystansem. Mówię o tych grzybach, które potrafią manipulować innymi organizmami. Jeśli słuchacie tego, drodzy słuchacze i słuchaczki, nie przez stronę radionaukowe.pl, to teraz zapraszam, żebyście tam zajrzeli, bo znajdziecie tam zdjęcia muchy, które poczyniłam własnoręcznie. Mucha ta siedziała sobie na szybie kilka ładnych godzin, po czym zniknęła. Nie ruszała się, nie dało się jej wystraszyć. I na szybie przy niej widać jakiś nalot, meszek, jakąś taką jaśniejszą poświatę czegoś. No i ja sobie tak pomyślałam, że to chyba jest mucha zaatakowana właśnie przez grzyba. Wysłałam te zdjęcia do konsultacji do Marty i tak, miałam nosa. Co to jest? Co się tam wydarzyło? Co za dramat się wydarzył między muchą a grzybem?

M.W.: Rzeczywiście, ten grzyb to Entomophthora muscae, najbardziej pospolity przedstawiciel owadomorkowców. Jak sama nazwa wskazuje, grupa grzybów zwana owadomorkowcami zabija owady. Właściwie znamy tylko jednego przedstawiciela, który jest uznany za patogen nieletalny. Ten z kolei nazywa się dosyć niepokojąco – Strongwellsea castrans. „Castrans” nieprzypadkowo, ponieważ kastruje samce much, całkowicie podmieniając ich układ rozrodczy przez swoją plechę i swoje zarodniki. Ale wracając do Entomophthora muscae, trzeba powiedzieć, że jest to grzyb, który penetruje muchę od środka, rozwijając się w ciele tłuszczowym.

K.G.: Jeszcze żywej muchy.

M.W.: Tak. Mucha przez kilka dni czuje się całkowicie bezpiecznie, natomiast po kilku dniach rozwoju w ciele tłuszczowym pojawiają się tzw. ciała strzępkowe, bardzo drobne komórki przypominające drożdżakowe we krwi. Krew nazywamy hemolimfą. Te komórki zaczynają krążyć w hemolimfie i wydzielać pewne substancje o działaniu neurohormonalnym. I tutaj zaczyna się dziwne zachowanie muchy. Substancje zmuszają ją do pewnego konkretnego zachowania. Takim zachowaniem jest podążanie ku górze. Czyli mucha szuka jakiegoś miejsca, które jest mocno wyeksponowane.

K.G.: Dlatego na tej mojej szybie siedziała.

M.W.: Tak. W naszych domach najczęściej możemy takie zakażone muchy znaleźć na szybach albo na framugach drzwi, albo framugach okiennych, albo na ramach obrazów. Możemy je też czasami znaleźć gdzieś wysoko na zasłonach. Ciekawe jest to, czego zresztą się dopiero wczoraj dowiedziałam, że w momencie, kiedy mucha już wejdzie wysoko na szybę, to dzieje się coś bardzo dziwnego. Otóż zaczyna w pewnym momencie wydzielać kropelkę bardzo gęstej i lepkiej cieczy, która pojawia się w otworze gębowym. Mucha w pewnym momencie przytyka tę kropelkę do szyby i tym jest początkowo do niej przyczepiona. I dopiero później jak zostanie uśmiercona, to jeszcze tuż przed śmiercią rozkłada skrzydełka na boki, a potem reszta już należy do grzyba. Grzyb tworzy ryzoidy, którymi dodatkowo przyczepia muchę do szyby. Powiedziałaś mi, że twoja mucha zniknęła. Jeżeli nikt jej nie pomógł, to może coś zaniepokoiło grzyba, że nie zdążył przyczepić jej do tej szyby w sposób doskonały i trzymała się wyłącznie na tej lepkiej kropelce. I być może dlatego odpadła.

K.G.: Ale dlaczego grzybowi zależy na tym, żeby ona weszła tak wysoko?

M.W.: Chodzi o to, żeby jak najlepiej rozprzestrzeniać swoje zarodniki. Im wyżej, tym powierzchnia rażenia jest większa. Ale jest jeszcze jedna przyczyna – taka mucha jest bardzo dobrze widoczna nie tylko dla nas, ale również dla innych much, a to rozłożenie skrzydełek na boki, o którym powiedziałam, powoduje, że z daleka jest widoczna również dla samców much, które niezależnie od tego, czy jest to samiec, czy samica, uznają, że jest to atrakcyjna seksualnie mucha, co jeszcze powiększa siłę rażenia zarodników.

K.G.: Bo dochodzi do spółkowania?

M.W.: Niekoniecznie, po prostu inne muchy zlatują się do niej w jakimś sensie z ciekawości. Natomiast zarodniki wystrzeliwują z dużą szybkością, z dużą mocą na kilka centymetrów i wtedy po prostu bombardują takie przelatujące obok muchy.

K.G.: Ale czy na tobie to jeszcze robi wrażenie? Ta niesamowita zdolność do manipulacji zachowaniem. Bo to jest rzecz, która wydaje się jakaś taka mroczna, z pogranicza dziwności, dlatego używałam – oczywiście z dystansem, ale jednak – takich słów jak „zamiary grzyba”, „inteligencja grzyba”, „manipulowanie grzyba zachowaniem muchy”. Jak ty to widzisz jako biolog, jako mykolog? Jak to się dzieje? Rozumiem, że to są po prostu jakieś procesy chemiczne?

M.W.: My oczywiście nie do końca rozumiemy, jak te związki oddziałują ze sobą. Jest to w tej chwili intensywnie badane. Ale proszę zobaczyć, że mucha nie robi w gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego, po prostu modyfikuje swoje zachowania. Przecież każda mucha od czasu do czasu idzie w górę i najczęściej jest to związane z interesami samej muchy. Jeżeli chce się rozmnożyć, to być może również będzie szła tam, gdzie jest lepiej widoczna, albo tam, gdzie jest więcej innych much. To zachowanie jest dosyć naturalne, natomiast grzyb tylko je stymuluje. Powiedziałam o rozkładaniu skrzydełek na boki. To jest dosyć gwałtowny proces, robiący wrażenie. No ale sama mucha też przecież rozkłada skrzydełka na boki, a gwałtowność tego procesu związana jest najczęściej z tym, że po prostu grzyb rozkłada mięśnie, które obsługują skrzydła. Pewne mięśnie zostają sparaliżowane czy wręcz zniszczone – wówczas następuje rozkurcz i rozłożenie skrzydełek. Nie jest to jakiś bardzo skomplikowany proces. Widzimy coś, co się dzieje w miarę naturalnie.

K.G.: Efekt robi wrażenie.

M.W.: Tak, natomiast mucha nie zaczyna tańczyć. Ona robi to, co zwykle, tylko szybciej i w innej sekwencji. To nas dziwi i to nam się wydaje takie niepokojące.

K.G.: Możecie mieć wrażenie, że trochę skaczemy po tematach, ale to jest zabieg celowy, bo chcę w tej rozmowie pokazać, jak wiele jest różnych aspektów grzybiego świata, jak bardzo jest to niedoceniane królestwo. I mogłybyśmy tak jeszcze rozmawiać wiele godzin, co zresztą uczyniłyśmy, z czego powstała książka, o której mówiłam na początku – W czym grzyby są lepsze od ciebie?. Chciałam cię na koniec zapytać o taką refleksję. Czy uda się jakoś temat grzybów bardziej wprowadzić do świadomości społecznej? Brzmi to trochę z wysoka, ale o to mi chodzi, bo jak mówiłam, jesteś niestrudzoną ambasadorką tego świata. Wiem też, że myślisz o muzeum grzybów. Będzie coś z tego?

M.W.: Tak, cieszę się, że zadałaś to pytanie. Co więcej, mogę tu państwu powiedzieć, że tego nie uzgadniałyśmy wcześniej. Tak że jest to dla mnie pytanie miłe, na które chętnie odpowiem. Rzeczywiście, staram się stworzyć w ogrodzie botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego miejsce, które nazwałam roboczo mykoteką. Chciałabym, żeby to było miejsce, gdzie zarówno będzie można zamówić lekcje dla klas dotyczące grzybów, jak i sam ogród będzie wzbogacony w kolekcje grzybowe i w pewne grzybowe zagadnienia. W tej chwili intensywnie rozmawiamy z grupą młodych ludzi zajmujących się edukacją w ogrodzie, w jaki sposób zrealizować ten temat. I udało mi się w tym roku przeprowadzić jesienią konsultacje mykologiczne dla wszystkich potrzebujących, które odbywały się we wrześniu i w październiku. Odbywały się dość długo kontaktowo, dopiero ostatnie były zdalne. Każdy, kto miał jakieś problemy z identyfikacją grzybów, które znalazł w lesie, mógł przyjść i się poradzić. Okazało się, że to całkiem dobrze funkcjonuje również poprzez spotkania zdalne. Osoby się ze mną łączyły, pokazywały mi rozłożone na stole grzyby i po prostu toczyliśmy swobodną rozmowę o zbiorach. No i to jest moje marzenie, chciałabym, żeby takie miejsce w Polsce zaistniało. Dawniej wydawało mi się, że mogłaby być to taka część muzeum historii naturalnej, bo rzeczywiście, zabiegam o to, aby taka instytucja w Polsce powstała. Na razie wszystko idzie w dobrą stronę. Wydaje nam się, że już być może w przyszłym roku po pierwsze utrzymamy jesienne konsultacje mykologiczne, a po drugie stworzymy już jakąś szerszą ofertę edukacyjną.

K.G.: Mykoteka – tego szukamy, tak?

M.W.: Tak.

K.G.: Mykoteka, a w przyszłości może muzeum historii naturalnej w Polsce. Powinniśmy mieć taką instytucję, aż dziw, że jej jeszcze nie mamy. Kibicujmy Marcie w zabiegach, żeby ona powstała i żeby mykoteka się rozwijała. Doktor habilitowana Marta Wrzosek, mykolog, Wydział Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Bardzo serdecznie ci dziękuję.

M.W.: Ja też bardzo dziękuję i wszystkim państwu życzę owocnych zbiorów wodnichy późnej i płomiennicy zimowej.

Dodane:
580

Ulubione

Skip to content